„MATKI NIE NOSZĄ STROJÓW”, CZYLI SKĄD MASZ NA TO CZAS…?

Kobiety nie noszą

Krótko po porodzie, kiedy moje dziecko lubiło jeszcze spać, a ja siedziałam w wysprzątanym do perfekcji mieszkaniu, wpadła mi w ręce książka Anny Melchior „Matki nie noszą kostiumów. Jak uczynić macierzyństwo pasją”.

Pozycja była generalnie o duchowym aspekcie macierzyństwa i ważnej roli kobiety – matki w społeczeństwie. Być może dlatego, że niemal do samego porodu byłam „kobietą noszącą kostium”, a zaraz po nim miałam świadomość, że najdalej za kilka miesięcy będę „matką noszącą kostium” (kto nie zna jeszcze mojej historii zapraszam tu), książka nie przemówiła do mnie. Za to mojemu Mężowi bardzo spodobał się tytuł, który przerobił według swojego uznania (jak w temacie) i obecnie stosuje go za każdym razem, gdy nasze dziecko (albo i On) zaleje mnie sokiem, wytrze we mnie buźkę lub robi te wszystkie inne rzeczy, wskazujące na to, że istotnie matki nie noszą strojów.

No dobra, po tym nieco przydługim wstępie, który nagle z niewiadomej przyczyny zaczął wydawać mi się nie na temat, chcę napisać, że nie o książce dziś będzie… 😉  Chcę też podkreślić, że przytoczona pozycja zebrała naprawdę dobre recenzje i być może nawet do niej wrócę. Możliwe, że po niemal 3 latach łączenia pracy zawodowej z macierzyństwem nieco inaczej spojrzę na temat.

Ale do rzeczy! Dziś będzie o organizacji czasu lub – jak to się określa w korpojęzykuzarządzaniu sobą w czasie. Nie chodzi o nic innego, jak pytanie „Ale kiedy Ty masz na to czas…?„. Odpowiem od razu, a później wyjaśnię: nie mam. Mam tyle samo czasu, co Ty. Lub każda inna pracująca matka. Lub pracująca nie-matka albo nie-pracująca matka. To nieistotne, bo doba każdej z nas ma 24 godziny. W ciągu tych 24 godzin dokonujemy różnych wyborów. To właśnie te wybory decydują o tym, czy mam czas. A konkretnie, na co go mam, a na co nie. 

Nie zdradzę Wam też żadnej tajemniczej, skutecznej metody na to, jak być zadowoloną żoną, szczęśliwą matką czy usatysfakcjonowanym pracownikiem. Nie ma takiej. Są natomiast metody, które pozwalają znacznie zbliżyć się do tych stanów.

PO PIERWSZE: PRIORYTETY

Dla mnie był to krok milowy. Odkrycie własnych potrzeb. Bez tego nic się nie zacznie. Dopóki nie odpowiedziałam sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne i co chcę osiągnąć, trwałam w wiecznym poczuciu niespełnienia. Musisz znaleźć swój cel. Ale nie ten na „5 lat”, jak radzi większość coach’ów. Twój cel długoterminowy – na całe życie. Musisz wybrać  (tak, dobrze czytasz: WYBRAĆ) między rodziną, karierą, pasją. To wszystko da się połączyć, ale wybór jest potrzebny, by ustalić priorytet. By nie czuć winy, że robisz coś, czego nie chcesz, ani nie powinnaś.

Żyjemy w czasach niesamowitej presji wywieranej na młode kobiety. Z jednej strony słyszymy, że najważniejsze są studia, później dobra praca, a wtedy w odległej przyszłości znajdzie się miejsce na rodzinę. W końcu jesteśmy młode, musimy doświadczyć życia itd., itp.

Z drugiej strony mówi się nam o niesamowicie ważnej roli kobiety-matki w naszym społeczeństwie i niebywale ważnej misji, jaką jest macierzyństwo. Mamy być perfekcyjnymi paniami domu, gotującymi domowe obiady, prasującymi mężom koszule i trzymającymi dom w całości. Taka matka-polka-ostoja-rodziny.

Gdy jesteśmy już trochę rozdarte między wizją nr 1 a wizją nr 2 i zaczynamy szukać głębiej, dowiadujemy się, że przecież nowoczesna kobieta (nieważne czy matka, czy nie) musi mieć czas na swoje hobby, pasje, zainteresowania, języki, umiejętności, kosmetyczki, fryzjerki i wszystkie inne rzeczy ważne do osobistego rozwoju i sprawiania dobrego wrażenia (oczywiście przede wszystkim na sobie… 😉 ).

Większość z nas w tym momencie głupieje, wpada w depresję, a najczęściej dochodzi do wniosku, że nic nie robi dobrze, bo na nic nie ma czasu i w związku z tym nie jest ani dobrą matką, ani dobrym pracownikiem, ani nowoczesną kobietą.

Dlatego tak ważny jest priorytet. Co więcej, Twój priorytet teraz może (a nawet powinien) być zupełnie inny, niż priorytet z przeszłości czy przyszłości.

Gdy byłam na studiach, najważniejsze było dla mnie ich skończenie. Co nie przeszkadzało mi, by pracować na cały etat, a na 3 roku wyjść za mąż.

Gdy dostałam się na aplikację adwokacką byłam w ciąży. Od tamtego czasu jestem głównie matką, co nie przeszkadza mi pracować i rozwijać się zawodowo, a ponadto pisać bloga.

W przyszłym roku podchodzę do egzaminu zawodowego i jeśli go zdam, wiem, że skupię się na karierze i będę miała do tego prawo. Co więcej, jestem przekonana, że jeśli odpowiednio pokieruję moją sytuacją zawodową, po pewnym (raczej krótszym niż dłuższym czasie) znów moim priorytetem będzie macierzyństwo i drugie dziecko.

Nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego zaplanować. Życie pisze różne scenariusze, z którymi trzeba się liczyć. Osobiście wierzę, że Bóg ma dla mnie własny plan, który w pewnym momencie może okazać się zupełnie inny od mojego (choć mam nadzieję, że tak nie będzie). Cały czas mam świadomość tego, że wystarczy jedno zdarzenie, jedna decyzja, by zmienić losy swoje i swoich najbliższych. Taki efekt motyla. Ale to wszystko nie przeszkadza mi w planowaniu tego, co chcę osiągnąć.

Kiedy już określimy nasze priorytety w czasie, resztę możemy posegregować w odpowiedniej kolejności.

 Jeśli w tym momencie skupiasz się na macierzyństwie, bo tego chcesz, nieistotne będzie dla Ciebie, co myślą inni o tym, że nie chodzisz do pracy i siedzisz w domu, choć Twoje dzieci są w szkole czy przedszkolu. Będzie nieistotne, ponieważ wiesz, że jesteś w domu i w tym czasie dbasz, by ich potrzeby zostały zaspokojone: gotujesz, bo tak jest najlepiej, ponieważ wkładasz w to serce. A danie podane z miłością zaspokaja nie tylko fizyczny głód. Sprzątasz, bo chcesz, by w domu nie panował chaos związany nie tylko z bałaganem. To jest w porządku tak długo, jak długo to sprawia, że jesteś szczęśliwa, że realizujesz się jako żona i matka. I nie ważne, że ktoś obcy to krytykuje. Ktoś obcy nie jest Twoimi dziećmi, ani Twoim mężem.

Jeśli akurat to jest teraz dla Ciebie ważne i będziesz czuła, że masz nad tym kontrolę, znajdziesz czas i dla dzieci, i na osobisty rozwój.

Ale jeśli jesteś matką pracującą, zaczynają pojawiać się problemy.

Jeśli jesteś rozdarta między pracą a rodziną, może pora coś zmienić…? Po macierzyńskim wracamy do pracy z różnych przyczyn – często, bo musimy (ze względów finansowych), ale też często dlatego, że chcemy. Jeżeli musimy, to znaczy, że po prostu musimy. Nie chcę za bardzo pisać na ten temat, bo nie chcę stawiać się w sytuacji tych osób, a już na pewno oceniać, na co powinny mieć czas, a na co nie. Nie ukrywam, że jako aplikantka raczej nie jestem głównym żywicielem naszej rodziny… 😉

Jeśli jednak wróciłaś do pracy, bo chciałaś, ale gdzieś w środku czujesz, że równie mocno (a może i mocniej) chcesz spędzać czas ze swoją rodziną, może pora na zmiany.

Może warto poszukać pracy na część etatu, może warto pomyśleć o pracy zdalnej, a może nawet o własnej działalności. Ze zmianami jest jak z dziećmi  – nigdy nie ma na nie dobrej pory, ale później okazuje się, że nie wyobrażamy już sobie życia bez nich.

Ok, wiemy już, że chcemy pracować i wychowywać dzieci. Załóżmy, że pracujemy na część etatu, część pracy zabieramy do domu, a poza tym okazjonalnie jesteśmy pod telefonem w tzw. nagłych wypadkach. Ja pracuję właśnie w ten sposób. Żeby wprowadzić większy chaos do mojego z grubsza uporządkowanego życia, wszystkie te czynności odbywają się nieregularnie. Są dni, że zostaję w kancelarii czy sądzie do 16, są sytuacje, że gdy zabieram pracę do domu, to przez kolejne 3 dni nie jestem w stanie ogarnąć tematu i siedzę nad nim bez przerwy, zerkając do komentarza nawet, gdy gotuję obiad. Ale są też dni, kiedy staram się kancelarię omijać szerokim łukiem, by mieć czas na obowiązki domowe – na przykład piątek, a czasem poniedziałek (ostatnio raczej nierealne).

PO DRUGIE: PLAN DZIAŁANIA

Bez planu się nie obejdzie. Trzeba wziąć kartkę i długopis, i zapisać. Ja to robię w systemie tygodniowym. Najczęściej o największych zadaniach i tak wiemy wcześniej, więc mam możliwość zapanowania ich na konkretny dzień tygodnia. W moim terminarzu są daty sztywne (przykładowo terminy rozpraw), których zmienić się nie da. To jest więc priorytet danego dnia. Następnie zastanawiam się, co na mojej tygodniowej liście jest najważniejsze i wpisuję to na najbardziej dogodny na to dzień. Następnie rzecz mniej ważną, i jeszcze mnie, i tak dalej.

Gdy już mam taki plan tygodnia, uwzględniający też wydarzenia w przedszkolu i fakty, że córce trzeba przygotować przykładowo kostium na bal przebierańców, rozpisuję rzeczy najbardziej techniczne, jak pranie, prasowanie, gotowanie. Na koniec sprawdzam pogodę i z grubsza ogarniam naszą garderobę na nadchodzący tydzień, by później w popłochu nie suszyć bluzki suszarką 😉 Dzięki temu wiem, kiedy nie będzie mnie w domu i kiedy powinnam ugotować obiad na dwa dni, a kiedy zamrozić dodatkową porcję, bo mój mąż zostaje sam.

Tak, wiem, zaraz odezwą się głosy, czy sam nie może. Jasne, że może. Gotuje o niebo lepiej niż ja. Ale ponieważ szanuję też jego czas i obowiązki, które dla niego są priorytetem, bo zapewniają byt naszej rodzinie, dla mnie ugotowanie połowy garnka bigosu więcej nie jest żadnym dodatkowym obowiązkiem.

Ponieważ mój mąż często wraca z pracy później niż ja, podzieliliśmy się w ten sposób, że gdy on jest wcześniej, wtedy bawi się z córką, a ja w tym czasie zajmuję się innymi rzeczami, jak na przykład prasowanie, sprzątanie itp.

Za to, gdy jego nie ma, moje popołudnia są tylko dla naszego dziecka. Razem się bawimy, wychodzimy na plac zabaw, a czasem nawet uda mi się umówić na kawę z jakąś koleżanką lubiącą dzieci – myślę, że dostrzegacie ogrom korzyści dla wszystkich wynikający z takich spotkań… 😉

Mamy też sztywną zasadę – weekend bez pracy. Choćby się waliło i paliło, należę do osób, które wolą siedzieć w piątek do oporu i w poniedziałek wstać przed świtem, ale sobota i niedziela to dni dla naszej rodziny. Choćby nie wiem co!

Kiedy widzę, że mój plan tygodnia sprawia wrażenie, że zadziała (choć jak to z planami bywa, ma też tendencję do brania w łeb), a zostało w nim jeszcze jakieś wolne miejsce, staram się wepchnąć jakąś przyjemność dla siebie. Nie przesadzam z ilością – raz w tygodniu, czasem raz na dwa tygodnie. Może być rzadko, ale niech będzie fajnie. Czasem jest to właśnie kawa z koleżanką, następnego tygodnia samotne wyjście do kina czy do kosmetyczki. Poza tym stosuję metodę małych kroków – kwadrans przyjemności każdego dnia: książka przed snem, poranna kawa na balkonie, gdy wszyscy jeszcze śpią, małe wieczorne SPA we własnej łazience.

W życiu nie potrzeba dużo, by być szczęśliwym. Najważniejsze są małe przyjemności. To dzięki nim czujemy się spełnione i szczęśliwe. A szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.

Mamy wybór, wybierajmy mądrze. Może pora zamknąć Fejsbuka czy Blog Rudej Dziewczyny i wyjść pobiegać…? 😉 Może w tej chwili da Ci to więcej radości i satysfakcji, a co u znajomych sprawdzisz jutro. A może po prostu zadzwoń do znajomych i umówcie się na lody – na pewno na żywo opowiedzą więcej niż wyczytasz o nich w ich profilu.

Nie traćmy czasu – doba to tylko 24 godziny. O drugie tyle za mało, by zrobić wszystko. Więc może zostaw te brudne okna, wytrzymają jeszcze tydzień i wyjdź z domu. Przynajmniej nie będziesz ich oglądać, a wrócisz na pewno szczęśliwsza.

Matki nie noszą

Może spodoba Ci się też:

8 komentarzy

  1. Świetny wpis, taki totalnie w moim stylu:) priorytety to podstawa. Też dużo o tym piszę, a co najważniejsze każdego dnia starannie implementuję w moje życie:)

  2. Zgadzam się. Najważniejsze, żeby w tym natłoku nie zapomnieć o samorealizacji i spełniać marzenia czy pragnienia. I czy mamy to dziecko czy nie to nie stoi przecież na przeszkodzie. Choć znam kilku takich ludzi i zupełnie tego nie rozumiem. Ja co prawda dzieci nie mam, ale mam „zoo” w domu. Też muszę sprzątać, zaliczać spacery, znaleźć czas dla każdego z osobna i jeszcze podzielić resztę życia. Może i to nie to samo, ale wciąż obowiązki. Mimo to znajduję czas dla siebie i czuję się z tego powodu szczęśliwa.

  3. Fajny tekst. Presja społeczna wywierana na matki jest ogromna. Psychologowie dziecięcy mówią: dziecko powinno do trzeciego roku życia być z mamą bo z nią mu najlepiej a, żłobek uczy agresji. Czytaj:mama nie powinna wracać do pracy po macierzyńskim. Z drugiej strony kobieta, która chce zostać z dzieckiem w domu oceniana jest jako taka, której nie chce się iść do pracy, leniwa. A i jeszcze nie rozwijająca się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *