KOSMETYCZKA MINIMALISTKI

Jakiś czas temu obiecałam wpis pod tytułem kosmetyczka minimalistki. Moja kosmetyczka… 😉 

Choć do rasowej minimalistki jeszcze mi daleko, to idea minimalizmu pochłonęła mnie całkowicie już jakiś czas temu. Może to wiek… 😉 W tym roku kończę 30 lat i coraz częściej dochodzę do przekonania, że mniej znaczy więcej. Że mniej znaczy lepszą jakość. Wreszcie, że mniej oznacza też więcej czasu dla siebie, mniej porządkowania i dużo więcej energii, której nie muszę przeznaczać na zaprzątanie sobie głowy rzeczami, które tak naprawdę nie są dla mnie ważne. Takie podejście zaczęło być widoczne w mojej szafie (o czym możecie przeczytać m.in. we wpisach pt. CW – wiosenne porządki w szafie i Mój pierwszy tydzień z CW), ale i w moim życiu (o czym już niedługo). A dziś moja kosmetyczka minimalistki.

Wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany, a kosmetyki, które wymieniam z nazwy są stosowane przeze mnie na co dzień.

KREMY, BAZY, KOREKTORY, PODKŁADY, PUDRY…

Zasadniczo i tu wychodzę z założenia, że im mniej, tym lepiej. Jestem właścicielką suchej i w dodatku naczynkowej cery. Kiedy koleżanki zazdrościły mi braku wyprysków, ja zamartwiałam się tym, że moja skóra lada dzień złuszczy się do zera… Dlatego krem nawilżający (w dodatku do cery naczynkowej) to dla mnie podstawa. Nie jestem przywiązana do żadnej konkretnej marki, ale coraz częściej sięgam po kosmetyki naturalne i to właśnie takie trafiają do mojej kosmetyczki minimalistki.

Nie będę opisywać po kolei wszystkich zabiegów, jakie stosuję przed nałożeniem makijażu (o tym innym razem), jednak podzielę się Wami wiedzą, jaką uzyskałam na jednym ze szkoleń, gdy pracowałam jeszcze jako technik farmacji.

Ktoś powiedział, że tak naprawdę kremu należy używać dla przedziału wieku o 5 lat wyższego niż nasz wiek. Chodzi o to, że jeżeli mam lat 30, to używam kremu 35+. Uzasadnił to tym, że dla właściwego wyglądu cery należy zapobiegać utracie składników, a nie uzupełniać, gdy już zostaną utracone… Szczerze, mam mieszane uczucia w stosunku do tej „wiedzy”, jednak przyznaję, że od czasu do czasu kupuję krem starszy ode mnie 😉

W mojej niewielkiej kosmetyczce znajduje się też podkład. Najczęściej jest to podkład w płynie (Rimmel lub Maybelline), ale ostatnio zaczynam eksperymentować z pudrami mineralnymi. Z jakim skutkiem – to się dopiero okaże.

Właściwie codziennie sięgam też po korektor pod oczy – nie tylko z konieczności ukrycia cieni, co dla uniknięcia nanoszenia zwykłego podkładu na szczególnie wrażliwą i delikatną cerę w okolicach oczu.

W mojej kosmetyczce jest też rozświetlacz, używany od wielkiego święta, najczęściej, gdy buzia sprawia wrażenie szarej i zmęczonej.

I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o powyższy nagłówek. Nie używam baz ani pudru w kamieniu do wykończenia makijażu. Nie stosuję produktów zwiększających trwałość. Efekt, który uzyskuję w pełni mnie satysfakcjonuje.

Posiadam również gąbeczki do makijażu (u mnie niezastąpione) i pędzel do nakładania pudru mineralnego.

MAKIJAŻ OKA

W całym makijażu najbardziej lubię właśnie makijaż oka. Przyznaję, że nie potrafię sama zrobić idealnego cieniowania, ale jestem zadowolona z podkreślenia. W swoim życiu miałam różne etapy – od samego tuszowania rzęs po idealnie wyrysowaną kreskę (której zrobienie zajmowało mi zdecydowanie za dużo czasu 😉 ). I znów chyba jestem starsza, bo zaczynam dostrzegać, że czarne kocie oko to już nie moja bajka. Może po prostu pogodziłam się z moim typem urody i wreszcie odnalazłam kolory, w których jest mi naprawdę dobrze.

Dziś oczywiście moja kosmetyczka minimalistki zawiera też eyeliner (ale już nie czarny, tylko brązowy), lecz używam go na większe (z reguły wieczorne) wyjścia. Czasem – głównie zimą – nawet do pracy. Ale wiosną i latem szczególnie stawiam na naturalny look.

Co więc mam? Paletka cieni. Dokładnie dwie. Nie więcej. Za to dosyć uniwersalne. Ponieważ moje kolory to wszelkie beże i brązy, obracam się w tych odcieniach. W dodatku pasują właściwie to całej mojej garderoby.

Pędzelki do makijażu oka: dwa. Z czego jeden nawet nie jest typowo do makijażu. Do wycieniowania oka używam pędzla mini kabuki. W zależności od miejsca nakładania (ruchoma część powieki czy zgięcie) używam bocznej strony lub tylko samego czubka.

Do podkreślenia dolnej powieki (zawsze brązowy cień) stosuję…pędzel do henny… Jest to bardzo cienki, skośny pędzelek, który idealnie sprawdza się do nałożenia cienia w samym tylko dolnym kąciku i delikatnie na linii dolnych rzęs. Czasem zaznaczam też nim bardzo cienką kreseczkę na górnej powiece, przy samej linii powieki. Robię to w celu uzyskania wrażenia bardziej gęstych rzęs.

Tusz do rzęs. Klasyka 😉 Wybieram zawsze kolor brązowy. Choć nie ma wielkiego wyboru tuszy w tym odcieniu, to jednak warto chwilę poszukać, gdyż daje bardzo naturalny efekt (zwłaszcza przy jasnej karnacji).

Kredka do brwi. Nie bardzo odpowiada mi efekt po hennie (szczególnie, że i w tym zakresie prowadziłam różne eksperymenty), stosuję więc kredkę w odcieniu jasnego, kasztanowego brązu, bardzo zbliżonego do koloru moich włosów.

USTA

W tym zakresie nie eksperymentuję. Mam swoje sprawdzone dwa kolory szminek. Obie są matowe (od długiego już czasu nie stosuję innych) i obie od Golden Rose (nr 02 i 12, jeśli ktoś jest ciekawy;) ).

 Kosmetyki

PERFUMY

Moja kosmetyczka minimalistki musi absolutnie zawierać perfumy. Mam kilka ulubionych zapachów, które najczęściej dobieram do pory roku. Obecnie jest to Jo Malone – wybór mojego męża 🙂

Jo Malone

PIELĘGNACJA CIAŁA

 Ok, przyznaję, że w całym moim życiu nie zużyłam do końca ani jednego balsamu. Każdy, ale to absolutnie każdy, ostatecznie ulegał przeterminowaniu. Nie pamiętałam o nich (albo nie chciałam pamiętać), a gdy już mi się przypomniało, byłam ubrana i nie zamierzałam się rozbierać. Moje podejście zmieniło się nieco w tym roku. Pierwszy raz w życiu udało mi się opalić nogi… Byłam z siebie naprawdę dumna. Ale ostre słońce i morska woda wyciągnęły z moich nóg nie tylko opaleniznę… Nigdy, ale chyba naprawdę nigdy, moja skóra nie była tak przesuszona.

Zaprzyjaźniłam się więc i z balsamem do ciała… Na razie stosuję brązujący firmy Ziaja, by utrzymać ładny wakacyjny kolor skóry. W krytycznych momentach podkradam córce Lipikar z La Roche-Posay, który daje naprawdę niesamowite efekty (zarówno u maluchów, jak i u dorosłych).

Stosuję też regularnie krem do rąk, zawsze noszę go w torebce. Szczególnie zimą jest to kosmetyk, bez którego nie potrafię się obejść. Często sięgam też po naturalną pielęgnację: gliceryna z cytryną plus bawełniane rękawiczki. Więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o pielęgnacji dłoni.

W mojej kosmetyczce znajduje się też szampon do włosów i odżywka, zawsze z firmy Yves Rocher. Odkąd farbuję włosy naturalną henną (firmy Khadi) wystrzegam się wszelkich silikonów i im podobnych składników obciążających włosy.

 I to już chyba moja cała kosmetyczna baza. A jak wyglądają wasze kosmetyczki? Czy bliższa jest Wam kosmetyczka minimalistki, czy wolicie, gdy pęka w szwach? 🙂 

Może spodoba Ci się też:

10 komentarzy

  1. Moja kosmetyczka też jest absolutnie minimalistyczna. Lubię drogerie, zachowuję się w nich, jak w sklepie z cukierkami i chciałabym kupić całą masę ślicznych pachnących buteleczek, ale kończy się zwykle tym, że wyrzucam stare, niewykorzystane produkty.

  2. Mi niestety do minimalistki trochę daleko, ale jeśli chodzi o twarz to nie używam nic oprócz podkładu, różu do policzków, i cienia do rzęs, a czasami dodatkowo pudru, tuszu do rzęs i korektora:D Mam za to różne specyfiki jeśli chodzi o pielęgnacje twarzy (a kiedyś nie miałam ich prawie wcale)
    Cieni do powiek natomiast w ogóle nie używam!:)
    I całkowicie jestem zdania, że mniej znaczy więcej!:) Pozdrawiam serdecznie!

  3. Zazdroszczę wszystkim Wam dziewczyny, że nie musicie „zakładać” twarzy tak jak ja. Moja kosmetyczka to właściwie…4 klasyczne kosmetyczki. Inaczej co rano w lustrze mam swój własny haloween 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *