CAPSULE WARDROBE – WIOSENNE PORZĄDKI W SZAFIE

Wiosna zbliża się wielkimi krokami. Pierwsze rośliny nieśmiało odrywają się od ziemi, a blady odcień pól powoli intensywnieje. Choć aura jeszcze nie sprzyja trenczom i ramoneskom (choć i te można gdzieniegdzie już zobaczyć) pora na wiosenne porządki. W szafie. W tym roku postanowiłam podjąć wyzwanie capsule wardrobe – szafa minimalistki. W ramach porządków w swoim życiu doszłam do przekonania, że to nie nasze mieszkanie jest coraz mniejsze. Po prostu mamy za dużo. Wszystkiego. A na pewno już za dużo mam ciuchów. Szczególnie tych, w których nie chodzę.

Tak zaczęły się poszukiwania pomysłu na idealną garderobę. Korzystając z doświadczenia innych najpierw natknęłam się na 5 Piece French Wardrobe. Od artykułu do artykułu trafiłam do Asi ze styledigger.com, która opisuje swoje doświadczenia z szafą w pigułce i przedstawia cenne rady dotyczące budowania capsule wardrobe.

Ponieważ na początku zawsze musi być idea, mój porządek w szafie rozpoczynam od przygotowania i planowania:

a) wybieramy dzień tygodnia, by właściwie przeprowadzić nasze wiosenne porządki – ponieważ zadanie nie będzie zwykłym układaniem w szafie, ważne, żeby mieć spokojną głowę i spokojne 3 godziny (mniej lub więcej, w zależności, ile rzeczy macie),

b) przeglądamy trendy nadchodzącego sezonu – chcę wiedzieć, jakie fasony i kolory będą modne, by z nich wybrać coś dla siebie,

c) przystępujemy do właściwego sprzątania – ja każde sprzątanie rozpoczynam od uwolnienia przestrzeni, a więc wyrzucenia wszystkiego na środek pokoju. Następnie myjemy szafę i rozwieszamy zapachowe saszetki.

Teraz najtrudniejsza część zadania – segregacja rzeczy. Na początku nie jest trudno – ubrania dzielę na 3 grupy:

te, w których chodzę, lubię, dobrze się czuję

te, które przeznaczam do „puszczenia w obieg” (bo nie chodzę w nich od bardzo dawna, bo ich nie lubię, bo po prostu nie jestem z nimi w żaden emocjonalny sposób związana)

te, które nie nadają się do niczego (a więc są dziurawe, mają niedające się usunąć plamy, na które nawet Vizir nie pomógł 😉 ).

Po wstępnej analizie kupkę 3 wyrzucam, a 2 wypraną i wyprasowaną dzielę po koleżankach lub zanoszę do biura Caritasu.

Przed przystąpieniem do analizy kupki nr 1 proponuję napić się dobrej kawy. A najlepiej czegoś mocniejszego. Bez kawy. Ten etap wymaga niezłomnej woli, charakteru ze stali i świadomości własnych potrzeb. No i zera emocji 😉

Idealna capsule wardrobe powinna zawierać około 37 elementów (razem z okryciami wierzchnimi, dodatkami i butami), z których możemy zbudować niezliczoną wręcz liczbę stylizacji. No, może bez przesady. Ale na jeden sezon powinno wystarczyć i zadowolić nawet wybredną szafiarkę. Wiosna jest wdzięczną porą na eksperyment, ponieważ trwa stosunkowo krótko (marzec-kwiecień-połowa maja). Pomyślcie, że garderobę zimową (od listopada, a czasem wcześniej, do marca) budujemy z takiej samej liczby elementów.

By ułatwić sobie rozprawienie się z nieszczęsną kupką nr 1 najpierw wygrzebuję z niej to, co ubieram, gdy muszę wyjść z domu w ciągu 5 minut. Uff, dżinsy i ulubiony sweter lądują w szafie. Wyjmuję okrycia wierzchnie i wybieram z nich 2 cieplejsze (na marcową pogodę), ulubiony trencz (jasny – w końcu jest wiosna, granat i czarny zaczekają na jesień) i 2 ramoneski. Dobieram obuwie: para lżejszych kozaków, botki, baleriny. Następnie biorę kartkę i długopis i rozpisuję pozostałe 28 rzeczy z podziałem na grupy. U mnie wygląda to mnie więcej tak:

spodnie – 3 sztuki, spódnice – 3 sztuki, marynarki – 3 sztuki, bluzki i podkoszulki – 5 sztuk, sukienki – 2 sztuki, sweterki – 3 sztuki.

Pozostałe pozycje zajmują dodatki: apaszki, okulary, paski do spodni i torebki.

Ha, ha, ha! W życiu nie rozprawię się z kupką nr 1, bo po wyjęciu z niej tych 30 ciuchów będzie nadal tak wielka, jak obecnie! 😉 By nieco ułatwić sobie to pierwsze wyzwanie (może w następnym sezonie pójdzie mi sprawniej), zastanawiam się, czy może wiosną mamy jakieś święta, rodzinne uroczystości i inne okazje, na które mogłabym przeznaczyć jakiś szczególny strój „poza pigułką”. Na szczęście znalazły się urodziny teściowej, Wielkanoc, a nawet ślub koleżanki! 🙂 No, jakoś upchniemy te kilka rzeczy więcej. Od razu wkładam do szafy ulubioną małą czarną i walentynkową spódnicę, a przy okazji dochodzę do wniosku, że na ślub koleżanki nie mam w co się ubrać. O ironio! 😉

Kupka nr 1 zajmuje nadal pół pokoju. Z trudem wybieram najbardziej uniwersalne bluzki i spódnice – przynajmniej ze spodniami nie mam problemu – nie mam ich za dużo. Marynarkę wybieram w jasnym kolorze, granatową i czarną – są najbardziej klasyczne, na odważniejsze kolory przyjdzie czas latem, poczekają, nie zmarnują się. Dochodzę też do wniosku, że większość mojej garderoby jest czarno – czarna, pora z tym skończyć.

Ok, jest lepiej. Okazało się, że w szafie mam całkiem sporo miejsca. Ponieważ przy wyborze kierowałam się głównie wygodą i funkcjonalnością – pora sprawdzić, czy wyselekcjonowane rzeczy do siebie pasują i czy w ogóle da się z tego stworzyć sensowne zestawy.

Czas na przedostatni etap – budowanie stylizacji. Można mierzyć, układać na łóżku albo używać wyobraźni. Teraz jest czas, by zrezygnować z jakiegoś elementu na korzyść innego. Nie bądźmy zbyt sentymentalni – jeśli teraz nie wybrałaś jakiegoś swetra, bądź pewna, że jesienią chętnie po niego sięgniesz, bo na ten, w którym będziesz chodziła przez całą wiosnę nie będziesz mogła już patrzyć 😉

Etap ostatni – układanie. Warto zainwestować w porządne wieszaki. Nasza szafa nie jest duża, mamy też kilka szuflad, a ja zawsze dostaję białej gorączki, że moje rzeczy leżą i mną się, gdy prasowałam je 3 godziny… Po wiosennym liftingu dochodzę do wniosku, że właściwie nic nie leży i się nie gniecie, a ja na razie, o dziwo, mam w czym chodzić. Resztę rzeczy spakowałam do kolorowych pudełek i odłożyłam w głąb szafy – niech czekają na letnie przemeblowanie.

Po odchudzeniu garderoby sama poczułam się lżejsza i oczyszczona, a w mojej głowie zapanował większy ład i harmonia. Zadziwiające, jak obciążające może być posiadanie…

Oczywiście na bieżąco będę relacjonowała moje doświadczenia z capsule wardrobe i dzieliła się własnymi uwagami i spostrzeżeniami.

Życzę Wam bezstresowych porządków, zero skrupułów i niesamowitej lekkości bytu 😉

Zapraszam do komentowania – piszcie, czy stosujecie regułę francuskiej szafy i jak się u Was sprawdza.

Może spodoba Ci się też:

11 komentarzy

  1. Dziewczyny!!! Dacie radę! Ja też myślałam podobnie, ale okazało się, że to naprawdę fajna sprawa, a przede wszystkim niesamowicie pobudza kreatywne myślenie!!! 😉 I jaki ład zapanował… 😉

  2. Ja po dwóch przeprowadzkach w ciągu pół roku i zaraz po tym urodzeniu dziecka, zrobiłam taką selekcję i bez sentymentu pozbyłam się ogromu ubrań, które czekały, bo przytyje w ciąży, bo schudne po ciąży, bo szkoda wydać, bo..bo..bo.
    A teraz mam mniej niż te 37 szt i nie zamierzam wiosną dokupować ani sztuki !

    1. Ach, ja do tej pory mam pudło z ubraniami ciążowymi „na drugą ciążę” 😉 Choć część już i tak rozdałam. Nie ma co trzymać. Szkoda miejsca, a za te kilka lat i tak już będzie modne zupełnie co innego.

  3. Na początku był chaos…i u mnie tak już zostanie 🙂 jak mam dobry dzień to pakuję szybciorkiem to, z czym ciężko mi się rozstać, a w czym nie chodzę i rozdaję, wrzucam do kontenera PCK albo po prostu do śmieci. Ale takich dni jest niewiele ;-). Marzy mi się zaprowadzenie takiego logicznego i eleganckiego porządku ale jest to niezgodne z moją naturą niestety :-). I zgodnie z zasadą: nie dość, że nie mam się w co ubrać, to jeszcze safa mi się nie domyka 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *